Najcichsza magia w lesie

Hania szła leśną ścieżką z małym koszyczkiem wiklinowym. Ptaki śpiewały cicho, liście szeleściły pod butami. W powietrzu było spokojnie. Hania lubiła takie chwile.
Przy starym dębie siedziała Pani Mira, leśna czarownica. Nie wyglądała jak w bajkach – miała miękki szalik i kieszeń pełną ziół. Uśmiechnęła się do Hani i podała jej małą drewnianą łyżeczkę.
– Chcesz herbaty z mięty? – zapytała Pani Mira.
– Tak, proszę – odpowiedziała Hania i usiadła obok.
Obok dębu stał malutki sadzonek. Gałązka była lekko pochylona. Na liściu siedział wiewiórek o imieniu Piri i patrzył smutnymi oczkami.
– Nie rośnie dzisiaj? – zapytała Hania cicho.
– Trochę mu smutno – powiedziała Pani Mira. – Czasem roślina potrzebuje rozmowy i ciepła, nie tylko wody.
Piri zerkał.
– Może mu zaśpiewamy? – zaproponowała Hania.
Pani Mira uśmiechnęła się szerzej. Zamiast głośnego zaklęcia, zaczęła nucić melodię tak delikatną, że liście prawie nie zadrżały. Hania dołączyła śpiewając cicho. Wiewiórek kiwał rytmicznie głową. Kilka kropel herbaty z włosów Pani Miry spadło na ziemię jak małe srebrne krople deszczu.
Sadzonka powoli wyprostowała gałązkę. Na końcu pojawił się malutki pączek. Piri podskoczył z radości. Hania uśmiechnęła się. Pani Mira pogładziła liść.
– Czasem trzeba siedzieć blisko i słuchać – powiedziała Pani Mira cicho.
– I czekać? – dopytała Hania.
– I czekać – potwierdziła Pani Mira.
Hania podlała sadzonkę z małego dzbanuszka. Piri przyniósł listki, żeby zrobiło się cieplej. Wszystko działo się bez pośpiechu. Nie było huku ani błysków. Była tylko ciepła troska i wspólna opieka.
Najcichsza magia w lesie była jak mały oddech: delikatna, cierpliwa i pełna czułości.
Gdy słońce powoli schodziło za koronami drzew, Hania pożegnała się z Panią Mirą i z Pirim. W koszyczku miała pączek z liściem na pamiątkę. Szła do domu spokojna i dumna, bo wiedziała, że czasem wystarczy jedna cicha chwila, by wszystko znów zakwitło.





