Mały traktor i wielkie zadanie

Był sobie Mały traktor. Nazywał się Trakuś. Miał zielone błotniki i śmieszne, małe koła. Mieszkał na spokojnej farmie u Pana Marka. Każdego ranka witał słońce cichym pomrukiem silnika.
Pewnego dnia na farmie zaczęło się wielkie przygotowanie do jarmarku. Trzeba było dowieźć dynie na rynek. Dynie leżały w wielkim wozie. Wóz był ciężki. Wszyscy patrzyli na Trakusia.
—Trakuś, czy dasz radę? — zapytała Ania, która pomagała przy gospodarstwie.
—Jestem mały — odpowiedział Trakuś cicho. — Boję się, że nie pociągnę tak ciężkiego wozu.
Pan Marek uśmiechnął się spokojnie.
—Spróbuj powoli. Nie musisz biec. Razem damy radę.
Burek, przyjazny pies, ustawił się z przodu i popchnął lekko wóz łapką. Wrona na płocie zaświergotała przyjacielsko. Ania wiązała liny i przekładała małe dynie tak, by ciężar był równy.
Trakuś wziął głęboki oddech i powoli ruszył. Koła kręciły się powoli, trawa szumiała pod nimi. Raz o centymetr, potem o kilka więcej. Gdy chmury przesłoniły słońce, Ania podała mu kubek ciepłego kakao. Trakuś odpoczął przez chwilę. Potem znów ruszył.
Trakuś powoli, krok po kroku, dowiózł dynie na rynek. Ludzie klasnęli w dłonie. Ania przytuliła Trakusia. Pan Marek pogładził go po masce.
—Udało się! — zawołała radośnie wrona.
Trakuś poczuł ciepło w sercu. Nie był już tylko mały. Był potrzebny. Usiadł potem pod jabłonią i patrzył, jak na rynku świecą kolorowe lampiony. Burek zasnął obok niego. Ania nuciła spokojną piosenkę.
Mały traktor zrobił wielkie zadanie, bo miał przyjaciół i nie spieszył się. I tej nocy wszystkie gwiazdy na niebie wydawały się bardziej przyjazne.






